Dziesięć powodów, żeby nie wyjeżdżać z UK
1.
Pogoda. Trzeba zacząć z grubej rury. Żona mówi, że jestem meteopatą. W
Polsce od mniej więcej połowy sierpnia popadałem w depresję i ogólne
odrętwienie. Teraz, w połowie października, za oknem mam zachmurzenie
lekkie ze sporymi przejaśnieniami, około 17 stopni Celsjusza i uśmiech
nieschodzący z twarzy. Wstrętny angielski klimat wkładam między bajki.
Albo jadę zobaczyć, jak on wygląda, do kraju nad Wisłą.
2.
Janusz Palikot. Polacy w Wielkiej Brytanii często mówią, że od powrotu
powstrzymuje ich polskie polityczne bagno. Ten polityk PO ciągnie mnie
osobiście na samo dno otchłani. Jest widocznym przykładem, że nic się w
Polsce nie zmieni, bo jako twarz (a raczej gęba) swojej partii służy
mocodawcom wyłącznie do traktowania z buta przeciwników. A
częstotliwość pojawiania się Palikota w mediach świadczy o tym, że jego
rola jest bardzo ważna, a w polskiej polityce nie chodzi już o nic
więcej. Poseł Palikot wcale nie męczy mnie tym, że targa do studia TV
świńskie łby, sztuczne penisy, ocynkowane wiadra, pistolety na
kapiszony i co tam jeszcze. On mnie męczy, bo jest... najzupełniej
zbędny. Jeśli przyjmiemy, że metafora Matriksa pasuje jak ulał do
dzisiejszej Polski, to ja w tym Matriksie nie widzę sensu istnienia
Palikota. W filmie braci Wachowskich każdy bohater – z jednej i drugiej
strony – grał jakąś rolę albo był programem stworzonym do wypełnienia
celu. W działania lubelskiego posła wkradł się jakiś podstępny trojan,
który każe mu robić rzeczy nieprzynoszące żadnego pożytku, puste jak
wydmuszka, a przy okazji budzące niesmak. Jak na złość, nikt nie jest w
stanie przenieść go do kwarantanny albo od razu skasować.
3.
Funt szterling. Przecież nie mogło go zabraknąć na mojej liście,
chociaż ponoć pada na pysk, ponadto został kiedyś upokorzony przez
George’a Sorosa, a obecny kryzys finansowy ma go dobić. Banknoty
funtowe lubię za wielkość, której nie mogą dorównać żadne portfele, a
monety za grubość – z tego samego powodu. Jako prosty człowiek
rozumuję, że to, co jest większe, musi być lepsze. I to się sprawdza,
mimo czarnych wizji polskich analityków finansowych. Za te większe od
złotówek funty mogę kupić więcej niż w Polsce rzeczy, częściej mogę
wyjść do restauracji, na koncert, mogę też uszczęśliwić więcej razy w
kwartale swoje dziecko i kobietę...
4. Urząd Skarbowy. Właściwie
nie trzeba by się nad tym tematem dłużej rozwodzić, gdyby nie abolicja.
W ramach ocieplania wizerunku polski fiskus postanowił darować
emigrantom winy, więc ujadanie na niego nie jest już takie łatwe.
Chodzą jednak słuchy, że ta cała abolicja to tylko lep na naiwnych, bo
gdy skarbówka się do człowieka przyklei, to już nie puści. Jak
superglue. Najwidoczniej inni Polacy, którzy pracowali za granicą, mają
podobne zdanie, bo np. w II Urzędzie Skarbowym w Bydgoszczy, w I
Urzędzie Skarbowym w Toruniu oraz w Inowrocławiu wniosku abolicyjnego
nie złożył nikt. Trochę lepiej było w Grudziądzu, gdzie wszyscy
urzędnicy skarbowi mogą pochylić się nad jednym formularzem. Za to
nieopisana radość panuje pewnie na korytarzach urzędu w Radomiu, gdzie
zgłosiły się aż dwie osoby. Niestety, inspektorzy nie mogli ich
uściskać osobiście, bo wnioski zostały wysłane z Wielkiej Brytanii.
Uważam tak jak i oni, że 1500 kilometrów to najmniejsza bezpieczna
odległość, jaka powinna dzielić podatnika od tej instytucji.
5.
Polskie Koleje Państwowe. Jako osoba podstępnie pozbawiona przez
demiurga talentu prowadzenia pojazdów mechanicznych jestem w Polsce
skazany na korzystanie z usług komunikacji publicznej. Ostatnio
przeczytałem, że PKP ma zamiar kupić 20 nowoczesnych pociągów, które
będą rozwijać prędkość 200 km/h. Hmmm... Nie wiedzieć czemu, staje mi
przed oczyma pani z kasy na dworcu Gdańsk-Wrzeszcz. Dworzec ten jest
tak straszny, że jego nazwa wydaje się idealną poradą dla osób, które
się tam nie ze swojej winy znalazły. Pani z kasy uciszyła mnie jednak
dość stanowczym: "Nie widzi, że tu się pieniądze liczy?!", i wcale się
jej nie dziwię, bo gdyby przyszło mi pracować w takim brudzie, smrodzie
i osmalonej dymem (Skąd ten dym? Parowozy nie jeżdżą od dziesiątek
lat!) szarzyźnie, też bym miał nerwy jak z waty. No więc obawiam się,
że gdy dyrekcja PKP wypuści z boksów te swoje rącze rumaki, gdy osiągną
już tę swoją zawrotną prędkość i w jakiś cudowny sposób uda im się nie
wykoleić na polskich torach, to pani z dworca Gdańsk-Wrzeszcz, kiedy
przejedzie pod oknami jej kasy taki superpociąg, rzuci robotę w
cholerę, a nazajutrz podłoży ładunek wybuchowy pod trakcję z powodu
depresji wśród bezrobotnych. Wolę więc jeździć od czasu do czasu
niemodernizowanym, powolnym pociągiem z cuchnącą toaletą, gdzie wodę (i
całą resztę) spuszcza się wprost na tory za pomocą uroczego nożnego
pedała. A wrażenie pędu wolę poznać poprzez Virgin Trains albo Great
Western.
6. Przyjaciele. Tylko będąc w Londynie, mogę zaprosić
tu znajomych i udawać światowca, pokazując im te wszystkie Big Beny,
Trafalgar Squary i Buckingham Palace, cedząc z miną znawcy skąpe
informacje, jakie o nich posiadam, a potem z uciechą obserwując
rozwarte z podziwu paszcze. Bycie przewodnikiem po takim mieście, nawet
w wersji chałupniczej i nieokraszonej prawdziwą wiedzą, jest zajęciem
ekscytującym. Dzięki Londynowi czuję się wreszcie jak samiec alfa w
stadzie, bo to oni do mnie bardziej niż ja do nich.
7.
Segregacja. Boże broń, nie chodzi o segregację rasową. Siedząc w
Wielkiej Brytanii, stałem się zielony jak Shrek i denerwuje mnie
wszelki przejaw braku wrażliwości w postępowaniu ze śmieciami. W Polsce
byłbym uważany za wariata, uganiając się za palaczami rzucającymi kiepy
na ulicy albo snując się nocami po swoim osiedlu w poszukiwaniu
oddzielnych pojemników na szkło, makulaturę, plastik, ubrania, buty,
baterie, nakrętki do słoików, pampersy, opakowania po lekach itd. Swoją
drogą w Polsce byłoby to jak uganianie się za świętym Graalem, którego
poszukiwania skończyłyby się klęską. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia,
czy w ten sposób pomagam dłużej przetrwać ludzkości na padole łez, ale
wydaje mi się, że tak trzeba. W Polsce nie trzeba, i właśnie to jest
dziwne. W Polsce można ogłosić, że ekologia to nowe dzieło życia i
jednocześnie chodzić w futrze (państwo Jolanta i Aleksander
Kwaśniewscy) albo poprosić kolegę, żeby podwiózł nas swoją furą na
obchody Dnia Bez Samochodu (szef SLD Grzegorz Napieralski).
8.
O2 Arena i Wembley. Ostatnio byłem na koncercie Metalliki w O2 Arena.
Żaden ze mnie zapalony fan tego zespołu, ale ogrom miejsca i całego
przedsięwzięcia wgniótł mnie w fotel. Zdałem sobie sprawę, że
praktycznie co tydzień (o ile funt szterling pozwoli) mogę być tak
wgniatany, jeśli nie przez Metallikę, to przez inną – w gruncie rzeczy
każdą, jaka przyjdzie mi na myśl – muzyczną gwiazdę. A gdy nie będzie
akurat żadnej pod ręką, to mogę pójść na mecz na Wembley bez obawy o
to, że dostanę płonącą racą albo deską wyrwaną spod siedzenia przez
łysego, wytatuowanego członka jednego z nieprzyjaznych ludziom plemion
o nazwach Legia Fans, Wisła Hooligans albo Jagiellonia Destroyers.
Zastanowię się, czy wracać do Polski, jeśli Metallica ogłosi nową trasę
z przystankiem na koncert w mojej mieścinie na Pomorzu. Coś mi się
zdaje, że mogę na to trochę poczekać.
9. Hydraulika, elektryka i
pokrewne. Nie do wiary! Tak przyzwyczaiłem się do wszechobecnych w
Wielkiej Brytanii podwójnych kranów z zimną i ciepłą wodą, że nie
wyobrażam sobie bez nich życia. Co gorsza, w ogóle mi one nie
przeszkadzają i uważam je za zwykłe osiągnięcie rozwiniętej
cywilizacji. Obawiam się, że nie poradziłbym już sobie z armaturą
dającą mi możliwość regulowania temperatury wody. Podobnie jest z
nieśmiertelnym sznurkiem do włączania światła – w Polsce pewnie
chwytałbym powietrze w jego poszukiwaniu, bo zwykły kontakt stał się
dla mnie wynalazkiem, który poszedł na dno z Atlantydą.
10. Jola
Rutowicz. Będąc na Wyspach, widzę jej postać w internecie i zaczynam
się bać. Boję się, że gdy wrócę do Polski, Jola na dobre zagości w moim
domu, będzie dla mnie tańczyć na lodzie czy na jakiejś innej
niebezpiecznej powierzchni, będzie do mnie gadać, a ostatecznie wyjrzy
z mojej lodówki. Chociaż ponoć to miejsce jest już zarezerwowane. Przez
Dodę.
Adam Skorupiński