TANIE LATANIE
Kiedy właściciel linii lotniczych Ryanair - Michael O’Leary wchodzi do pubu po całym tygodniu ciężkiej pracy, podchodzi do baru i zamawia pintę piwa, słyszy niewiarygodną odpowiedź padającą z ust barmana: „Piwo jest za darmo.” – „Za darmo??!! – mówi z niedowierzaniem Michael – To świetnie!” Na taką opinię szybko reaguje barman: „Ale jak zamierzasz wypić to piwo? Chyba potrzebujesz jeszcze do tego piwa kufel?” „No tak – przyznaje nieco zbity z tropu szef koncernu lotniczego – poproszę o kufel.” „To będzie trzy euro.” – informuje barman, po czym dodaje zaraz – „A może chciałbyś usiąść? To tylko dwa euro. A chcesz obejrzeć mecz? Włączę Ci telewizor za dodatkowe euro.” Można by tak ciągnąć tę opowieść w nieskończoność wymyślając dodatkowe koszty, bo jest to tylko anegdota zasłyszana dawno temu w jakimś programie telewizyjnym, ale czy nie ma w niej jakiejś prawdy uniwersalnej? Choćby o u ukrytych kosztach, które istnieją, zaś pojawiając się w specjalnie dobrany marketingowy sposób sprawiają, że płacimy je i że… wydaje nam się, że prawie ich nie ma?Całkiem niedawno, kiedy siedziałem w pubie z moimi angielskimi przyjaciółmi (tak! My Polacy musimy pamiętać, że wciąż zdarzają się prawdziwi Angielscy przyjaciele, którzy nie mają do nas uprzedzeń, gdyż z przerażeniem słucham opowieści znajomych z fabryk, że jednak Anglicy często dają im odczuć, iż my odbieramy im pracę i możliwość godziwych zarobków, a to przecież tak, jakby winić nas za „trzęsienia ziemi czy koklusz” posługując się filmową klasyką) przypomniałem sobie, że jeden z nich przez długie lata pracował jako steward (to taka odmiana stewardessy w męskim wydaniu) i zawsze, kiedy wzięło go na wspomnienia z sentymentem mówił o tamtych czasach. Bez zastanowienia rzucam więc do niego: „Sam, czy kiedy latałeś dla Ryanaira, to naprawdę byłeś zadowolony z tej pracy?” „Dla Ryanaira?!” – oburza się mój przyjaciel – „Ja pracowałem dla Thomasa Cooka, który nie ma zupełnie porównania z Ryanairem. Ryanair to linia autobusowa!” – kwituje ostatecznie swoją wypowiedź Sam.
No właśnie. Jego porównanie jest dobitne. Czy podróżowanie Ryanairem nie przypomina nam autobusu? Przyznam szczerze, że jeszcze kilka lat, kiedy nie myślałem zupełnie o tym, by mieszkać w Anglii, a moim największym doświadczeniem lotniczym (fakt, że niemałym) był czterokrotny przelot nad Pacyfikiem (średnio 9-ciogodzinny lot w jedną stronę) dużym 747, wciąż miałem wielki szacunek dla mniejszych samolotów i Boeing 737, taki jak ryanairowski, czy inny, wzbudzał we mnie szacunek. Jednak w miarę upływu czasu, w miarę kolejnych i coraz to częstszych lotów na niedużych odległościach, zaczęła, choć niechętnie, rodzić się we mnie myśl, że zamiast latać, mknę sobie, ot tak, w ekspresowym autobusie. Może to śmieszne, ale zawsze z dumą wsiadam na pokład, kiedy witająca mnie stewardessa czy steward noszą plakietkę z imieniem Bozena, czy Marek i są w dodatku szefami załogi. W Ryanairze lubię tę „masówkę”, jak określają to niektórzy, oby sztuka, oby na pokładzie sprzedać jak najwięcej za najwięcej.
Podoba mi się ten rytm i zmianowość, jedni szybko wybiegają z samolotu taranując przy tym innych i potykając się biegną do odprawy paszportowej, zaś drudzy czekają już w kolejce zniecierpliwieni, później pędzą szybko próbując nawet wyprzedzić tych, którzy mieli wykupione pierwszeństwo wejścia na pokład (priority boarding). Lubię, kiedy o czasie lub opóźnieni wylatujemy i o dziwo, tak przynajmniej mi się dotąd zdarzało, lądujemy o czasie i słychać wariacką melodię trąbki w głośnikach, że wylądowaliśmy znowu o czasie i nie przeszkadza mi nawet, że trąbka ta pobudziła śpiące niemowlaki, które na nowo zaczynają krzyczeć i płakać (może dlatego, że sam jestem szczęśliwym ojcem i uwielbiam dzieci!). Lubię znowu wyszarpywanie walizek z luków ponad głowami (tu muszę przyznać, że ostatnio zrobiło się troszkę kulturalniej, aż mi żal tych dawnych czasów, kiedy było to wyzwaniem) i podoba mi się szaleńczy wyścig do hali przylotów. Lubię… hm, może jest w tym jakiś ukryty masochizm, ale… lubię.
Adrian D. Wójcik















