pufek

Niezależnie od tego, ile wysiłku włożysz w opanowaniu gramatyki, słownictwa i stylu mowy Brytyjczyków, zderzeniu z „żywym” językiem czeka Cię rozczarowanie.
Duma ze zdolności lingwistycznych pryska niczym mydlana bańka już przy pierwszej kolacji w „SubWay” i próbie zamówienia czegoś do jedzenia po wyczerpującej podróży.
Tak też było ze mną, gdy po dwóch latach odwiedziłam swoją młodszą „latorośl” w Peterborough. Rozmawiając z synem przez telefon z dumą meldowałam: „Krzysiu, zdałam FCE*!” On na to: „Super, to czekam na Ciebie, przyjeżdżaj!” Decyzję o odwiedzinach Syna w Anglii odkładałam z różnych względów, zawzięcie zgłębiając tajniki języka Wyspiarzy. Myślałam: im więcej się nauczę, tym lepiej: Trzeba dawać dzieciom dobry przykład. Już nieomalże dobrnęłam do CAE*, gdy podjęłam nagłą decyzje – „Teraz, albo nigdy! Jadę!”
Zgodnie z planem pierwsze szlify „żywej” angielszczyzny miały się odbyć w zarezerwowanym przez znajomego hotelu. Rzecz spaliła na panewce, jako że prowadzącymi mały przytulny hotelik „Charlotte House Hotel” okazali się Polacy. Nie było sensu łamać języka jak rodak z rodakiem. Wspomniany we wstępie „SubWay”, który odwiedziliśmy tuż po zainstalowaniu się w hotelu, późnym wieczorem okazał się jedną, wielką porażką. Wystawiona na pierwszy ogień do zamówienia kolacji musiałam zdezerterować. Młoda Angielka, za ladą zrozumiała mnie wprawdzie, ale ja jej ni w ząb. Zawołałam na ratunek syna i znajomego. Razem dali sobie radę – ja wycofałam się złorzecząc pod nosem. „No widzisz mamo, po co Ci ta cała gramatyka?!” – Rechotał Syn popijając Colę.
Następnego dnia było lepiej – starszy pan sprzedający pocztówki oraz książki w katedrze w Peterborough mówił wyraźną angielszczyzną przyzwyczajony do turystów oraz ich ograniczonej niekiedy percepcji języka „British English”. Słownictwo z kursów w Polsce przydało się do rozszyfrowania historii katedry. To już coś! Prawdziwy popis dałam w „McDonaldzie”, gdzie obsługiwali nas Pakistańczycy. Pakistański English okazał się w sam raz dla mnie – nie było seplenienia i fąfolenia przez nos. Przy okazji dowiedziałam się, że Pakistan jest O.K, ale pracować i zarabiać na rodzinę to lepiej w Anglii.
W poszukiwaniu tradycyjnego angielskiego dania przez pomyłkę trafiliśmy do chińskiej restauracji pływającej. „Chiński” Angielski też okazał się do rozgryzienia, ba, nawet Angielka pracująca z Chinkami nabrała niejakiej „ogłady” i dało się ją zrozumieć. Na wieść, że szukamy w ich knajpie „fish and chips” parsknęła śmiechem i stwierdziła przyjaźnie: „You will learn!”. Takąż miałam wciąż nadzieję.
Moją odwieczną sympatię do nacji o oliwkowej karnacji zaspokoili Indianie z Andów wycinający tradycyjne „Szamańskie” hołubce na rynku w Peterborough. Do tego muzyka w stylu „Indian country” – to lubię. Zauważywszy na sprzedawanych przez Indian płytkach CD tytuł „Indian Soul” postanowiłam trochę podrażnić głównego „szamana”: „Soul is not for sale, is it?” Spojrzał na mnie raczej dziko i odparł „We don’t sale our Soul Madame!” Zrozumiałam bez słów – ich dusze zostały w Andach – tutaj tylko zarabiają kasę. Nikt nie zgłębi i nikt nie kupi nigdy duszy wolnych Indian. Oni nawet w rezerwatach zawsze byli wolni. To cywilizacje zachodnie kreują duszę sprzedawczyków.
Zamówienie taryfy i kupno gadżetów w skansenie archeologicznym u Chińczyka poszło gładko. Gdyby nie ożywiona dyskusja na temat: „Wieprz* wylał czy wieprz* zdechł z moją arcydowcipną pociechą, zwiedzanie skansenu „Flag Fen” (Irysowe Błota) odbyło się bez większych atrakcji.Moje uzdolnione dziecko stwierdziło „Taki skansen zbudowałbym w miesiąc gdyby mi ludzie płacili tyle funtów za jego zwiedzanie!”
Na koniec padło pytanie zasadnicze: „I co Mamo, mogłabyś zamieszkać w Peterborough?” podnosząc kolejną olbrzymią szyszkę w Central Parku z myślą podarowania jej miłującej naturę koleżance Małgosi w Gdańsku, błyskawicznie podsumowałam „za” i „przeciw”. Odpowiedź brzmi: „Yes!” Ta, mogłabym zamieszkac w Peterborough, jako, że „British English” ciągle jest dla mnie wyzwaniem, a wielonarodowościowy tłum na ulicach Londynu gdzie spędziliśmy zaledwie jeden dzień – napawa mnie radością. Fakt, że posługując się jednym językiem mogę porozumieć się z Anglikiem, Pakistańczykiem, Chinką oraz Indianinem jest dla mnie czymś wspaniałym, bo czyż nie stanowimy wszyscy jednej, wielkiej, ludzkiej rodziny? Jak mawiają wyznawcy wiary Bahai „Jesteśmy liśćmi jednego drzewa”. Szanujmy się i kochajmy, życie jest za krótkie na nienawiść rasową i religijne spory.
Art. Edyta Puchalska
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyjaśnienia uzupełniające:
*FCE – First
Certificate English
*CAE – Certificate
Advanced English
*Wieprz – rzeka w Polsce na Lubelszczyźnie
*wieprz – świnka zamieszkująca skansen „Flag
Fen”














